Zbigniew Chabowski do Krakowa przyjechał aż ze Suchowoli w świętokrzyskim. Próbuje sprzedać przepiękne, olbrzymie brzoskwinie. Aż żal patrzeć, że 15-kg skrzynka tych owoców kosztuje tylko piętnaście złotych. Zbigniew wie, że nie zarobi, ale może podróż do stolicy Małopolski chociaż się zwróci. Przed nim jeszcze kilka skrzynek brzoskwiń. Może nie będzie musiał dopłacać pięćdziesięciu złotych za drugą dobę. Mina rolnika ze Suchowoli mówi wszystko. W niewiele lepszej sytuacji jest jego sąsiad Józef Kwiecień z Brzozówki. Wprawdzie przyjechał spod krakowskiej Brzozówki, ale towaru ma jeszcze dużo. Piękne śliwki sprzedaje po złotówce za kilogram. Świeżych owoców nie ubywa jednak z jego skrzynek. O 70 procent spadły ceny.
- Sklepikarze za bardzo je podnoszą - żalą się rolnicy. - Wielu z nas ma kredyty. Jak tu powiązać koniec z końcem? - pyta Józef Kwiecień.
Wśród sprzedawców miejsce w, którym sprzedawane są warzywa i owoce nazywane potocznie jest „zakaźnym” Wszystkie towary są jak najlepszej jakości więc skąd to smutne nazewnictwo? A może „zakaźny” to przenośnia. Żaden z rolników tam handlujących święcie wierzy, że kiedyś ta wojna na jabłka i inne płody rolne się kiedyś skończy? Trzeba tylko zacisnąć zęby i przetrzymać, bo co można zrobić tak naprawdę?
A.M.





















