Potem okazało się, że nie przeżywał, bo o swojej zgubie nic nie wiedział. - Odebrałem pieniądze z banku, na wypłaty dla pracowników - mówi P24 pragnący zachować anonimowość przedsiębiorca z Zakopanego. - Schowałem do marynarki, ale było gorąco. Pewnie gdy ją ściągałem, musiały mi wypaść. Kiedy wróciłem do mojej firmy, czekali już pod nią policjanci, którzy zaczęli mnie legitymować. W pierwszym momencie nie miałem pojęcia, o co chodzi, dopiero po chwili tego się dowiedziałem. Bardzo uczciwe dziewczyny, proszę im gorąco w moim imieniu podziękować.
A jakie jeszcze odczucia towarzyszyły znalazczyniom gotówki? Nie było pokusy? - Nie - bez namysłu odpowiada Weronika. - Sumienie nie dałoby nam żyć, gdybyśmy te pieniądze wzięły. - Jedną z pierwszych myśli było udanie się z nimi w bezpieczne miejsce. Weszłyśmy do MOK-u, opowiedziałyśmy o całej sytuacji i poprosiłyśmy, by ktoś zatelefonował na policję.
- Policjanci przyjechali, zabrali nas na komendę, spisali protokół - dodaje Karolina. - Potem zawieźli nas do Zakopanego i oddali pieniądze właścicielowi. - My same nie podeszłyśmy do niego, widziałyśmy go tylko z radiowozu. Potem policjanci zawieźli nas do domów.
- W domu nikt nie chciał uwierzyć w całą historię - mówi Weronika. - Ani rodzina, ani znajomi. Uwierzyli dopiero, gdy pokazałyśmy pieniądze, bo ten pan przekazał nam przez policję dwa tysiące złotych znaleźnego.
Czy rodzice byli z was dumni? - Tak - przyznają skromnie dziewczyny, choć widać na ich twarzach, że pytanie było nieco krępujące. - Cieszyli się, że dobrze nas wychowali. Bo to rzeczywiście kwestia wychowania przez nich i przez szkołę.
Co zrobią ze znaleźnym? Obie marzą o samochodzie, mają już na ten cel trochę oszczędności, teraz każdej wpadł niespodziewanie tysiąc złotych. Martwią się troszkę tylko o to, czy - jak postraszył ich na naszym portalu jeden z komentatorów - od tego tysiąca nie będą musiały zapłacić podatku. - Mamy nadzieję, że skarbówka jednak nam daruje - mówią.
p/
Zdj. Piotr Dobosz




















