Jednym z obrazów, który do dziś szczególnie mocno tkwi w pamięci wójta Zbigniewa Szczepańskiego, jest poranek w Szkole Podstawowej w Nowej Cerkwi. To tam przygotowano miejsce schronienia dla przemoczonych i zziębniętych harcerzy z Suszka. Zwożono koce, materace, gorącą herbatę i jedzenie. Potem zaczęli przyjeżdżać rodzice.
- Byłem świadkiem, jak matka szukała swojej córki. Kiedy dowiedziała się, że dziewczynka żyje i śpi, wszyscy popłakaliśmy się z radości. Ale byli też rodzice, którzy dowiedzieli się, że ich córeczki nie żyją... Trudno było wtedy opanować emocje - wspomina Zbigniew Szczepański.
- Wyszłam z domu i zgubiłam się na własnej działce. Mieliśmy tam ponad 80 drzew. Wszystkie leżały powalone przez wichurę. Jeden z moich braci był wtedy sołtysem Rytla, drugi - lekarz, był akurat na dyżurze w pogotowiu, gdzie przyjmowało harcerki. Dlatego to wszystko jest dla mnie trudne do dzisiaj - opowiada.
Ogrom zniszczeń widać było przede wszystkim w lasach. Jak mówi nadleśniczy Nadleśnictwa Rytel Łukasz Rutkowski, całkowicie zniszczonych zostało blisko 5400 hektarów lasu z 17000 zarządzanych przez nadleśnictwo. Uprzątanie terenu zakończono po trzech latach!
Swoją historię ma także Sławomir Butza, sołtys Lotynia. Jego żona wracała wtedy samochodem z pracy. W samym środku nawałnicy na auto runęło wielkie drzewo.
- Spadło zaraz za fotelem kierowcy. Kiedy do niej dotarłem, zapytałem tylko: jesteś cała? Była. I to było najważniejsze - wspomina.
Mieszkańcy Lotynia jako pierwsi ruszyli na pomoc harcerzom z Suszka. Dróg praktycznie nie było. Pieszo i z piłami przedzierali się przez powalone drzewa, by otworzyć drogę w stronę obozu.
Rodzice jednej z dziewczynek, które zginęły, do dziś nie byli w miejscu tragedii. Nie potrafią zmierzyć się z emocjami i wspomnieniami. Co roku przyjeżdżają natomiast dziadkowie dziewczynki. 11 sierpnia rano odwiedzają miejsce gdzie zginęła ich wnuczka. Mija dziewięć lat. Dla niektórych tamta noc wciąż się nie skończyła.



















