- Śmigłowiec można powiedzieć jest naszą prawą ręką. Bez tego śmigłowca nie zrobilibyśmy wiele w górach. W złych warunkach pogodowych i w nocy oczywiście śmigłowiec nie lata. Wówczas jak za czasów Mariusza Zaruskiego trzeba wziąć nosze i udać się do poszkodowanego tradycyjnie, pieszo - zaznacza Maciej Jakubiak. - Jest to dla nas podstawowy środek transportowy, który relatywnie skraca czas dotarcia ratowników do poszkodowanego. To czas określa szanse przeżywalności poszkodowanego w górach. Im krócej tym lepiej. W warunkach tatrzańskich to może trwać długo. W przypadkach nagłych ta przeżywalność może być niska - dodaje.
Ratownik poza odpowiedzią na wiele pytań od dzieci opowiadał także o akcjach ratunkowych i bezpieczeństwie w górach. Nauczył także dzieci sygnalizacji, którą powinien znać każdy wchodzący w góry. Mowa tu o odpowiednim ułożeniu rąk, tak aby tworzyły wraz z ciałem literę „Y”, czyli „YES”, w przypadku, gdy my lub osoba znajdująca się obok nas potrzebuje pomocy.
ms/









































