Wielu mieszkańców podkreśla jednak, że obecnie kupuje bilety miesięczne na codzienne dojazdy do pracy jedną albo dwoma liniami - na Kartę Krakowską odpowiednio za 37 albo 52 zł. A po zmianach byliby zmuszeni kupować bilet sieciowy za 65 zł, co i tak oznacza większe wydatki.
Likwidację biletów na jedną i dwie linie jeszcze bardziej odczułyby osoby, które dojeżdżają autobusem spoza granic Krakowa w ramach biletu aglomeracyjnego. Zostałby im bilet sieciowy za 123 zł z Kartą Krakowską oraz 140 zł bez niej. Wielu z nich zwraca więc uwagę, że w takiej sytuacji lepiej skorzystać z auta. A przecież prezydent, urzędnicy i radni powtarzają, że chcą ograniczyć liczbę samochodów wjeżdżających do Krakowa.
Radni Krakowa dla Mieszkańców podkreślają również, że planowana „reforma” dotknie mocno osoby dojeżdżające do Krakowa z sąsiednich gmin. Dzisiaj mogą one korzystać z biletów miesięcznych aglomeracyjnych na jedną linię (70 zł) lub na dwie linie (78 zł). Likwidacja takich miesięcznych zmusi ich do kupowania biletu sieciowego za 140 zł, czyli dwukrotnie droższego.
W ostatniej kampanii kandydaci komitetu Gibały z nim na czele postulowali całkowite zwolnienie z opłat za bilety MPK osób płacących podatki w Krakowie – wzorem stolicy Estonii, gdzie takie rozwiązanie nie tylko nie uszczupliło miejskiego budżetu, a wręcz przeciwnie – wzrost wpływów z podatku dochodowego wyraźnie przekroczył tam ubytek wpływów z biletów. W swoim programie wyborczym Łukasz Gibała mocno przekonywał do tego, że władze miasta powinny stosować jak najwięcej zachęt do korzystania z komunikacji publicznej zamiast własnego auta.






















